czwartek, 10 stycznia 2013

Rozdział 4 - Kot.


Rozdział 4

          Minął dopiero tydzień, od rozpoczęcia mojego „związku”, a ja już byłam wykończona. Nie było chyba osoby, która nie zadawała żadnych pytań. W dodatku zdarzało się, że jedna osoba parę razy pytała o to samo. To było naprawdę denerwujące.
          Ustawienie na budzik mojej ulubionej piosenki nie było dobrym pomysłem. Po pobudce od razu znienawidziłam jeden z utworów LMC, jednak tekst przynajmniej zachęcił mnie do pójścia do miejsca zwanego przez nastolatków piekłem, czy też więzieniem. Dla mnie szkoła nie miała żadnego znaczenia. Chodziłam do niej, trochę poudawałam kogoś innego i tyle. A teraz i dla mnie szkoła była rajem szatana.  Miałam nadzieję, że dzisiaj wszyscy zapomną, o moim rzekomym związku, ale cóż. Nadzieja matką głupich.
          - Shayia, Shayia! – Zawołał mnie ktoś z korytarza. Odwróciłam się na pięcie. Zobaczyłam wysokiego blondyna, z irytującym uśmiechem na ustach. Od razu poznałam w nim kogoś kogo nienawidzę.
- Jun Takeshima… - Mruknęłam, a moja obojętna mina zmieniła się w grymas niezadowolenia.  Chłopak podszedł do mnie razem ze swoją grupką. Westchnęłam i mruknęłam coś, co miało brzmieć jak „cześć”. Niestety wyszło z tego zupełnie nowe i nie znane, chińskie słowo.
-  Co ty tam mruczysz? – Spytał robiąc jakąś dziwną miną. Zawsze mnie denerwował. Nie wiem czy to przez to, że znał moją prawdziwą osobowość i nabijał się z tego, że boje się ją pokazać, czy też przez zazdrość. Każdy ma jakieś sekrety, złe wspomnienia, a on nic takiego nie posiadał.
- Nic. Po co mnie wołałeś? – Odparłam beznamiętnie, a ten znowu się uśmiechnął. – Chętnie bym mu zdarła z twarzy ten irytujący uśmieszek. – Pomyślałam sztucznie się uśmiechając.
- A no wiesz, słyszałem o twoim związku z jakże niesamowitym i przystojnym Shoshim Itami, i tak jakoś się zaciekawiłem jak daleko zaszliście. – Odpowiedział na moje pytanie, jednak mi odpowiedz się nie spodobała, a na mojej skroni pojawiła się niebezpiecznie pulsująca żyła.
- Wiesz, ja cię nie pytam jak daleko zaszedłeś ze  swoimi dziwkami. – Odparłam bez zastanowienia. Natychmiast tego pożałowałam, ponieważ jego grupka spojrzała na mnie zaskoczona. – Żartuję! – Uśmiechnęłam się szturchając go lekko w ramie. – Całowaliśmy się, a co? – Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, a potem posłałam mu i jego paczce słodki uśmiech. Jun miał już się odezwać, lecz zadzwonił dzwonek. – Ojć, jestem spóźniona. Pa! – Krzyknęłam i oddaliłam się od nich, energicznie machając im na pożegnanie. Gdy znikli z zasięgu mego wzroku odetchnęłam z ulgą i spokojnie pomaszerowałam do klasy.
          Na moje nieszczęście spóźniłam się, ale nauczyciel nic sobie z tego nie zrobił, więc jak gdyby nic się nie stało.
- Yo . – Przywitałam się grzecznie z Risu, lecz ten tylko na mnie spojrzał, prychnął i odwrócił wzrok. Inaczej mówiąc zwyczajnie mnie „olał”, jakby powiedziałaby większość dziewczyn. Zdziwiłam się lekko, ale postanowiłam, że pogadam z nim na przerwie, więc spokojnie usiadłam w mojej ławce i gapiłam się na zegarek, z nadzieją, że jestem córką jakiejś wiedźmy i wzrokiem przyśpieszeń czas, jednak kolejny raz dzisiaj moja nadzieja była zbytnia.
          Na przerwie Risu nadal traktował mnie jak powietrze, na następnej również. Postanowiłam, że napiszę mu karteczkę. Na trzeciej lekcji wyrwałam z notatnika kartkę i napisałam coś na niej, a następnie rzuciłam mu ją na ławkę.
Risu, czemu traktujesz mnie jak powietrze? Coś się stało?
Ten spojrzał na mnie zdziwiony i przeczytał karteczkę. Mruknął coś pod nosem i zgniótł ją. Gdy nauczyciel nie patrzał kartka przeleciała całą klasę zgrabnie lądując w koszu. Niesamowicie się zdziwiłam. Nie wiedziałam co mu się stało, czemu tak mnie traktował.  
          Gdy zadzwonił dzwonek, Risu niemal od razu zniknął z klasy. Chwilę zastanawiałam się czy pójść za nim czy nie, w końcu postanowiłam, że pójdę za nim. Poderwałam się z miejsca i wybiegłam z klasy. Gdy stanęłam przed klasą zaczęłam się rozglądać. W końcu zauważyłam mojego przyjaciela. Był daleko, więc zaczęłam biec w jego stronę. Gdy byłam już w miarę blisko, ktoś wyszedł zza zakrętu i razem z tym ktosiem wylądowałam na ziemi.
- P-przepraszam! – Krzyknęłam cicho i ignorując to, że powinnam wstać, zaczęłam kiwać głową przepraszająco.
- Nic się nie stało. – Odparł poszkodowany. Ten głos kogoś mi przypominał. Podniosłam wzrok i zauważyłam przewodniczącego. Po chwili chłopak wstał i podał mi rękę, a ja korzystając z jego pomocy wstałam.
- Przepraszam, śpieszę się i w ogóle… - Mruknęłam cicho,  po czym nie czekając na odpowiedz, ominęłam chłopaka. Niestety Shosha złapał mnie za nadgarstek i tym samym zatrzymał mnie. Spojrzałam na niego zirytowanym głosem, a on się miło uśmiechnął. Już chciałam spytać o co mu chodzi, lecz zorientowałam się, że jesteśmy na środku korytarza, a na naszych sylwetkach spoczywa wzrok innych uczniów. – Gdzie się wybierasz? – Spytał, a ja westchnęłam cicho. Zaczęłam w myślach szukać jakiejś wymówki. Niestety zbyt mądra nie jestem, a przez to nie jestem w stanie wymyślić czegoś na szybko, tak więc wpadłam tylko na chorobę.
- Nie za dobrze się czuje, idę do domu. – Odparłam po chwili, a następnie cicho zakaszlałam, aby wiarygodniej to zabrzmiało. Brunet zrobił zmartwioną minę, dookoła dziewczęta krzyczały, a ja miałam ochotę zwymiotować, bo jego wzrok śmiał się ze mnie.
- W takim razie Cię odprowadzę. – Powiedział i nie czekając na moją reakcje pociągnął mnie w stronę wyjścia ze szkoły.

          Mimo moich sprzeciwów ciągnął mnie tak aż do mojego domu. Miałam ochotę go zabić, przecież wiedział, że tylko udaję, ponieważ mam coś ważnego do roboty, ale nie… Musiał, no bo po prostu musiał zrobić mi na złość i wytargał mnie pod mój dom. Właściwie to skąd on wie gdzie mieszkam?
- Z dnia na dzień coraz bardziej Cię nienawidzę… - Mruknęłam zdenerwowana, a on uśmiechnął się chytrze. Prychnęłam cicho i nie zwracając na niego uwagi powędrowałam w stronę drzwi domu. Po chwili znalazłam się już w pomieszczeniu. Nawet nie odwracając się, aby pożegnać się z moim „chłopakiem”, choć bardziej pasowało tu słowo wróg, trzasnęłam drzwiami.  Zdenerwowana zdjęłam szybko buty i pobiegłam do salonu. Rzuciłam się na kanapę i zaczęłam piszczeć w poduszkę. Zawsze dzięki temu mogłam wyładować agresje, a żadna istota żywa na tym nie cierpiała. Pokojowe rozwiązanie.
          Kiedy już wyładowałam swoją agresję na bezbronnej poduszce, leniwie wstałam i ruszyłam w stronę kuchni. Przez okno spojrzałam czy Shosha nadal tam stoi. Kiedy nie zobaczyłam jego sylwetki, odetchnęłam z ulgą i wróciłam do salonu.
          Po paru godzinach leżenia, a właściwie spania, bo jakimś sposobem zasnęłam na nie wygodnej kanapie, wstałam w celu zjedzenia czegoś. Byłam głodna jak wilk, a mój brzuch co chwilę mi o tym mówił. Obrzydzał mnie dźwięk burczenia w brzuchu, więc w końcu dałam mu spokój i zajrzałam do lodówki.
- No brzuszku, masz pecha, pusta lodówka. – Mruknęłam jakby brzuch był psem. Niestety koniec końców musiałam iść do supermarketu, w celu zrobienia zapasów na dalsze życie. 
          Gdy w czasie drogi do mojego ukochanego domku, przechodziłam przez most, kątem oka zauważyłam na brzegu jakiś karton. Nie byłoby to nic dziwnego, gdyby brązowa, mokra przez padający deszcz, tekstura nie ruszałaby się. Od niechcenia powędrowałam do tego kartonu. Przyklejona była do niego jakaś kartka, jednak ciężko było ją przeczytać przez to, że była całkowicie przemoczona. Widocznie podczas, gdy ja spałam, na zewnątrz nie było zbyt ładnej pogody. Jak ja się cieszę, że ją przespałam.
Gdy rozmyślałam o pogodzie, usłyszałam ciche miauczenie. Z początku przestraszyłam się lekko, lecz po chwili uspokoiłam się i zajrzałam do kartonu. Leżał w nim malutki, czarny kociak. Od razu zaczęłam mu współczuć. Jego futerko kleiło się do siebie, przez to, że było mokre. A on sam cały czas cichutko miałczał. Bez zastanowienia delikatnie podniosłam kociaka. Był leciuteńki. Wyglądał na jakieś pół miesiąca, lecz mimo wszystko nie powinien być aż tak lekki. Delikatnie przycisnęłam do siebie czarne stworzonko, aby je choć trochę ogrzać, a następnie szybkim krokiem zaczęłam iść do domu.
          Gdy w końcu weszłam do ciepłego pomieszczenia, rzuciłam wszystkie torby i zajęłam się kotem. Przygotowałam mu jakieś ciepłe posłanie i mleko do picia. Po chwili znalazłam w szafce jakąś konserwę dla kota. Kiedyś dokarmiałam kota sąsiadki, więc zapewne stąd miałam żarcie dla tych kreatur. Tak, kreatur. Nienawidzę kotów, jednak ma natura już taka jest, że nie mogę obojętnie przejść obok czegoś takiego. Może mi się pofarci, i ten kot wyrośnie na normalne zwierzę, a nie na pana „Nie podchodź do mnie, chyba, że masz kiełbasę. A jak nie masz, to cię podrapie i nasikam Ci do butów.”
Cóż, nadzieja matką głupich.
          Kociakowi od razu spodobało się posłanie obok kanapy. Sama byłam zmęczona, więc położyłam się na kanapie, i zaczęłam słuchać spokojnego, a zarazem głośnego mruczenia kota. Nie wiem czemu, ale dzięki temu uspokoiłam się. 
- Chyba jednak Cię polubię… - Uśmiechnęłam się w stronę kreaturki.
Nawet nie zorientowałam się, kiedy zasnęłam. Ale wiem, że miałam naprawdę dziwny sen…
          Następnego dnia obudziło mnie walenie w drzwi. Przeciągnęłam się leniwie, po czym podparłam się na łokciach. Przez okna wdzierały się promienie słoneczne, tym samym oświetlając pomieszczenie.
Walenie w drzwi nie ustawało, a wręcz z każdą sekundą stawało się jeszcze głośniejsze. Mruknęłam coś pod nosem i pragnąc spokoju wstałam, aby otworzyć drzwi i opieprzyć złego człowieka, który śmiał mnie zbudzić.
Jednak chęć wyzywania zniknęła, gdy w drzwiach zauważyłam Risu. Przywitałam się cicho i wpuściłam go do środka. Okazało się, że chciał wytłumaczyć wczorajszą sytuacje. Wytłumaczyłam mu wszystko i oznajmiłam, że pomiędzy mną a przewodniczącym nic nie ma. Od razu polepszył mu się humor, a dzięki temu i ja mogłam się spokojnie uśmiechać. Zaczęłam z nim rozmawiać o wszystkim i  o niczym, a w tym czasie kociak ciągle ocierał się o moją nogę.
- Myślałem, że nie lubisz kotów. – Powiedział, a ja zaśmiałam się gorzko.
- Owszem, ale nie mogłam go zostawić. Był cały przemoczony i mieszkał w rozpadającym się kartonie. – Wytłumaczyłam szybko. – A właśnie… Ten sierściuch mi się dzisiaj śnił… - Na przypomnienie o śnie wybuchłam śmiechem.
- … Widzę, że musiał być śmieszny. – Zaśmiał się brunet, a ja pokiwałam twierdząco głową.
- Śniło mi się, że ten kociak czyta książkę pt: „Dominacja nad światem dla kotów.” – Powiedziałam rumieniąc się. No bo komu śnią się takie sny? Od razu każdy mysli, ze albo się coś brało, albo jest się psychicznie chorym.
Risu na moje słowa wybuchnął niepohamowanych śmiechem, a ja poszłam w jego ślady.

1 komentarz:

  1. Hej :)
    Słodka ta akcja z kociakiem. A ten cały przewodniczący już mnie wkurza. Sen najlepszy xD

    Btw., nominowałam Cię do Versatile Blogger Award.
    http://rikai-ai.blogspot.com/2013/01/versatile-blogger-award.html

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń